Przeżyliśmy burzę na szczycie

8 września 2018 roku. Godzina 14:32. Nie wiem czy po twarzy spływa mi deszcz czy to morze moich łez. Dźwięku grzmotu był przerażający. Od tamtego dnia panicznie boję się burzy.

Jak już wiecie – albo i nie – górami pasjonuję się od kilku dobrych lat. Wydaje mi się, że zasłużyłam nawet na miano świadomego wędrownika! Doświadczenie zdobywam z każdym rokiem, pokorę do matki natury posiadam – oj, nawet sporą. Nie kozaczę na szlaku, tylko raczej stawiam kroki roztropnie. Staram się mieć zawsze plan B i być przygotowaną na różne okoliczności. Ale tego dnia i tak wszystko poszło źle…

Pierwszy wspólny wyjazd w góry. Od razu traumatyczny

Dwa lata temu postanowiłam zabrać Tomka pierwszy raz w góry i podzielić się z nim tym, co mnie fascynuje. Pierwszy wspólny urlop zaplanowaliśmy na wrzesień 2018 roku. Na każdy dzień opracowaliśmy inną wędrówkę (wraz z planem awaryjnym, w końcu w górach nic nie da się do końca przewidzieć). Dawkowaliśmy wysiłek, byliśmy rozgrzani i gotowi do pokonywania dziesiątek kilometrów.

Za główny cel postawiliśmy sobie Czerwone Wierchy. I tutaj kilka informacji o samej wyprawie. To było moje drugie podejście na te szczyty, a dla Tomka pierwszy raz w wysokich górach. Wcześniej na rozgrzewkę zaliczyliśmy kolejno: Dolinę Kościeliską, Morskie Oko, Nosal.

Trasę na Czerwone Wierchy miałam przetestowaną. Jest to wyprawa oczywiście wymagająca kondycji, ale technicznie, jak na dwutysięczniki, jedna z najbardziej przyjemnych. Do tego widoki… Zapierające dech w piersiach. Na dodatek, za jednym razem można zdobyć aż 4 dwutysięczniki! Powód do dumy i chwały. A chciałam żeby Tomek był najszczęśliwszy na świecie.

Jesień jako idealna pora na Czerwone Wierchy

Na wyjazd specjalnie wybraliśmy wczesną jesień. Czerwone Wierchy właśnie w tym czasie przybierają rudoczerwony kolor. To wszystko przez trawy situ skuciny, które barwią stoki. Od tego też powstała nazwa masywu.

Czerwone Wierchy – jak już wspominałam nieco wyżej – to 4 szczyty, wschodzące na ponad 2 tysiące metrów. Należą do nich: Kopa Kondracka (2005 m n.p.m.), Małołączniak (2096 m n.p.m.), Krzesanica (2122 m n.p.m.) i Ciemniak (2096 m n.p.m). Czas na ich przejście szacuje na jakieś 8,5-9 godzin. Uwzględniając przemarsz i postoje na podziwianie widoków.

W dodatku wczesna jesień to moja ulubiona pora na wędrówki również z innego powodu. Wakacyjni turyści wyjeżdżają, w górach nie ma tłoku, na drodze spotkać można największych pasjonatów wędrówek.

Szczegółowy opis trasy przygotuję w innym poście. Tutaj skupmy się  na historii, która nie powinna się wydarzyć.

Burza w górach. Wszystko, czego nie powinniśmy robić

8 września 2018 rok, sobota. Plecaki zapakowane, bułki z kabanosami w gotowości, woda pod ręką. Z pokoju wyruszamy bodajże około 7:15. Pierwszą część trasy pokonujemy żwawym marszem, żeby nadgonić czas. Pogoda była dobra, nic nie wskazywało na to, że rozpęta się burza.

O 10 byliśmy na Hali Kondratowej. I powinniśmy tam zostać. Gdy po 1,5 roku patrzę na zdjęcia, które wtedy zrobiliśmy, przychodzi mi do głowy tylko jedna myśl. „Dlaczego wyście tam poszli?”. Poniżej szare chmury nad szczytami, wołające – nie idźcie wyżej.

Oczywiście na hali spędziliśmy dużo czasu, obserwując czy się nie wypogodzi. W końcu te chmury nadeszły tak nagle. Debatowaliśmy – iść wyżej, czy zawrócić. „Góry nigdzie nam nie uciekną,  jeszcze tutaj wrócimy”. Oho, nasz głos rozsądku!

Pierwszy, największy błąd

Nagle jednogłośnie: „patrz, zaczyna świecić słońce, rozpogodzi się, spróbujmy!”. Podekscytowanie i adrenalina wygrała ze zdrowym rozsądkiem. Choć spełniliśmy jeden z warunków, które sobie postawiliśmy – podejmujemy tylko wspólne decyzje. Kolejne już olaliśmy – jak tylko się zawahamy – nie ryzykujemy. Jeżeli jedno nie czuje się pewnie – nie idziemy na siłę. Jeżeli pogoda się popsuje – natychmiast rezygnujemy z ataku szczytu. To był nasz największy błąd.

Zaczynało się niewinnie..

O godzinie 12:00 byliśmy na Przełęczy pod Kopą Kondracką (1863 m n.p.m.). I już wtedy znaleźliśmy się w chmurze. Z widoków nici. No ale kto by się tego spodziewał?

Po dwudziestu minutach byliśmy na Kopie Kondrackiej. Pomimo że 80% tego, co widzieliśmy, to po prostu biała ściana, to sam fakt bycia na szczycie… Jest nie do opisania. Kto to przeżył – ten rozumie. Tym bardziej byliśmy podekscytowani, kiedy zza białej kurtyny wyłaniał się skrawek nieziemskiego widoku. Szaleliśmy z radości.

W trakcie, gdy przechodziliśmy z Kopy Kondrackiej na Małołączniaka i z Małołączniaka na Krzesanicę, raz po raz padał deszcz. Na deszcz oczywiście byliśmy przygotowani. Ten, który nas spotkał nie był tak bardzo intensywny. Właściwie w niczym nam nie przeszkadzał. Oczywiście musieliśmy bardziej uważać przy chodzeniu, zwłaszcza po skałkach.

„Zaraz będzie niespodzianka!”

Ten moment do dzisiaj wypomina mi Tomek. Niespodzianka miała być fajna, a wyszło jak zawsze…

Jedno z miejsc bardziej eksponowanych. To przy okazji jedno z ostatnich zdjęć, jakie zrobiliśmy tego dnia. Zapiera dech w piersiach. Ale kiedy na końcu tego przejścia zaczyna się ulewa z gradem i epicentrum burzy… Przestaje być zabawnie. Przy schodzeniu z Krzesanicy pogoda drastycznie się pogorszyła. Zaczęliśmy się bać, ale staraliśmy się zachować zdrowy rozsądek (choć na niego było już nieco za późno).

Godzina 14:32. Chmury zrobiły się ciemnoszare. Nagle spostrzegłam się, że wokół nas nie ma ludzi, widać było tylko kogoś w oddali. W takim momencie instynktownie zaczynasz patrzeć, że przecież inni są w tym samym położeniu co ty. Tutaj nie było nikogo. To tylko spotęgowało nasz niepokój.

Rozpętała się ulewa, zaczął bić grad. Szliśmy dalej, uznaliśmy, że musimy jak najszybciej zejść. Warunki zrobiły się straszne. Grad bił tak mocno, że bolały mnie ręce i nogi. Następnego dnia zobaczyłam, że mam kilka siniaków na ciele.

Nagle, będąc na szczycie Ciemniaka, grzmot. To był najgłośniejszy i najbardziej przerażający dźwięk jaki usłyszałam w swoim życiu. Przeszył całe nasze ciała. Byliśmy w epicentrum burzy. I wtedy właśnie chyba dostałam ataku lękowego. Nie wiem czy po twarzy spływał mi deszcz czy to
morze moich łez
. Pamiętam, że powtarzałam tylko „ja chcę stąd iść”, „boję się”. Problem był taki, że nie było szans, aby pstryknąć palcami i po chwili znaleźć się w bezpiecznej kwaterze. Trzeba było sobie poradzić.

Tomek za to tak bardzo się bał, że nie będę w stanie zejść, że swój strach trzymał w środku, a mi dodawał otuchy. Tylko dzięki temu udało nam się zejść. Ale zanim byliśmy bezpieczni…

Kolejne błędy

Ulewa była straszna, my byliśmy na szczycie. Przy okazji byliśmy prawdopodobnie najwyższymi punktami. Drugi kardynalny błąd, który popełniliśmy – złapaliśmy się za ręce i całą drogę tak schodziliśmy. Widzieliśmy trzaskające pioruny. Powinniśmy iść w odstępie od siebie, na wypadek gdyby któregoś z nas poraził piorun. Ale myślę, że gdybyśmy się nie trzymali za ręce, to nie byłabym w stanie się sprawnie poruszać.

Trzeci kardynalny błąd. Mimo wszystko schodziliśmy. Powinniśmy zejść trochę niżej, np. 100 metrów, odejść od grani, metalowych umocnień, ale w trakcie burzy – jak najszybciej ukucnąć, najlepiej na plecakach, aby odizolować się od podłoża.

Zastanawiacie się o czym wtedy myślałam? To może wydać się dosyć niepoważne, ale myślałam… „Mamo, błagam, tylko teraz nie dzwoń”. Moja mama przeżywa każdą wyprawę górską. A ja nie za bardzo miałam możliwość żeby w tamtych warunkach wyjąć telefon. Co gorsza – w sercu burzy – lepiej żeby w ogóle jakimś cudem nie złapał zasięgu. Mała szansa, ale zawsze…

Nie sposób ukryć, że oprócz tego, że nie mam wyłączonego telefonu, przewinęła mi się myśl o tym, że na pewno stanie nam się krzywda. Właściwie to tłumaczyłam sobie w myślach, że tak się po prostu stanie.

Jednak mieliśmy dużo szczęścia. To, że nic nam się nie stało, to, że nie poraził nas piorun, to że nie złamaliśmy nogi, schodząc w towarzystwie strumieni wody, spływających po skałach – to mały cud.

Burza w górach

Możecie teraz pomyśleć, że przecież ludzie przeżywają o wiele gorsze warunki. Oczywiście, że tak – i w głowie mi się to nie mieści. To była moja mała apokalipsa, przed którą każdy powinien (choć spróbować) się uchronić.

Burza w górach jest bardzo niebezpieczna. I ja również, X razy przez każdym wyjazdem, zaczytywałam się – co wtedy powinniśmy zrobić. A jednak popełniliśmy szereg błędów. Dlatego napisałam ten anty-poradnik. Liczę, że dzięki niemu, ktoś będzie mądrzejszy od nas!

Tomka ta przygoda nie zniechęciła do dalszych wypraw. Zadziałała o dziwo odwrotnie – ten Pan dziś dzieli ze mną tą pasje. Myśleliśmy, że mamy pokorę do matki natury – teraz mamy sto razy większą!

P.S. 

Od tamtego dnia panicznie boję się burzy.

P.S. 2

Nawet jak wyglądamy jak ziemniaki – i tak się kochamy!

Szlak na Czerwone Wierchy

Szlak na Czerwone Wierchy